Aleja Hochbergów – aleją pamięci

17 maja 2017. Wałbrzych, 17.05.2017. Książę Bolko Hochberg von Pless wraz z wraz z małżonką księżną Marie-Elisabeth. fot. Jacek Zych / FORUM. Tekst: dr. hab. Maksymilian Stanulewicz.

Tematy: 


26 kwietnia b.r. Rada Miasta Wałbrzycha podjęła uchwałę o nazwaniu jednej z bezimiennych alei w książańskim parku, nazwiskiem rodziny von Hochberg. Jest to aleja prowadząca od ul. Wrocławskiej do Mauzoleum Hochbergów, a więc miejsca spoczynku przedstawicieli tego rodu. Inicjatywa wałbrzyskich radnych wpisuje się tym samym z jednej strony w intensywny ruch przywracania pamięci o przeszłości ziemi wałbrzyskiej, a szerzej – Śląska, z drugiej zaś jest wprost nawiązaniem do decyzji rajców pszczyńskich, którzy już przed trzema laty zdecydowali się w ten sposób upamiętnić ród Hochbergów w swoim mieście. Jak wiadomo, główne uroczystości nadania imienia, z udziałem ks. Bolka von Hochberg, który jest 6. księciem pszczyńskim i baronem na Książu i jego małżonki ks. Marii Elżbiety (Lilly), mają odbyć się 17 maja.

Można zatem zapytać o sens takich poczynań zwłaszcza, że podobne inicjatywy np. we Wrocławiu, zmierzające do upamiętniania wrocławskich architektów, przede wszystkim Karla Berga, budowniczego Hali Stulecia vel  Ludowej, zakończyły się awanturą i absurdalnymi zarzutami o próby ponownej germanizacji miasta. Oczywiście można byłoby w tym miejscu przytoczyć cały szereg argumentów o charakterze historycznym, mających obrazować szczegółowo zasługi rodu panów na Książu dla miasta i regionu wałbrzyskiego, a biorąc pod uwagę znaczenie i bogactwo Hochbergów wszystkich trzech linii – dla całego Śląska. Wydaje się jednak, że Fundacja Księżnej Daisy i jej szef Mateusz Mykytyszyn robią to od wielu lat w sposób wystarczająco kompetentny i dynamiczny, co czyni takie wywody zbędnymi.

twittuj-z-nami

Ważny jest natomiast inny, głębszy wymiar omawianej inicjatywy, w pewnym stopniu nawiązujący do wspomnianych głosów we wrocławskiej dyskusji. Bez wątpienia należy się wsłuchiwać w głosy krytyczne jakie pojawiają się wobec różnych pomysłów związanych z upamiętnianiem historii Śląska sprzed 1945 r. Są one bowiem wyrazem nie tyle zatroskania co lęków, pokłosiem tego w jaki sposób przez dziesiątki lat Polakom ukazywano przeszłość tej ziemi i jej dawnych mieszkańców. Obecność ludności niemieckojęzycznej na terenach Śląska była bowiem aż do 1989 r. w oficjalnej propagandzie elementem Drang nach Osten, zwycięskiego marszu niemczyzny w tysiącletnim zmaganiu z polskością. Narracji tej nie niuansowano, a propaganda co rusz karmiła Polaków opowieściami o „odwiecznej polskości Ziem Odzyskanych” czy spisku „ziomkostwa i rewanżystów” z Bonn. Bardziej rozsądne głosy, jak np. Jana Józefa Lipskiego, dochodzące gdzieś z okolic KOR-u czy prasy podziemnej, siłą rzeczy nie mogły się przebić do szerszej opinii, a po 1989 r. były bagatelizowane. Skutkiem tego po dziś dzień tzw. „straszak niemiecki” jest skutecznym instrumentem walki politycznej w naszym kraju. A tymczasem wiele jest jeszcze spraw do przepracowania. I właśnie jedną z nich jest stosunek tych „co przyszli” do dorobku cywilizacyjnego, kulturowego i historycznego pozostawionego na Śląsku przez tych „co odeszli”.

Fundamentalną sprawą jest tu bowiem kwestia „śląskości” właśnie, a nie niemieckości. Zarówno arystokracja ziemi wałbrzyskiej jak i chłopi, robotnicy czy przedstawiciele burżuazji uważali się w pierwszej kolejności za Ślązaków, a następnie poddanych pruskich i wreszcie Niemców. Należy bowiem pamiętać, że historycznie Śląsk rozciągał się od łużyckiej Hoyeswerdy w dzisiejszej Republice Federalnej aż po Pszczynę, a jego ośrodkami głównymi były Wrocław jako stolica i siedziba nadprezydenta oraz Opole wraz z rejencją. Jednocześnie oba miasta były stolicami Górnego (Ober) i Dolnego (Nieder) Śląska ale podział ten traktowano jedynie jako historyczny. Inaczej mówiąc, gdyby przed 1945 r. mieszkańcowi Opola czy Kędzierzyna powiedziano, że jest Górnoślązakiem a mieszkańcowi Wałbrzycha czy Trzebnicy, że Dolnoślązakiem to by wzruszyli tylko pogardliwie ramionami nad ignorancją pytającego. Byli oni po prostu Ślązakami czego dowodem jest w Wałbrzychu słynne Mauzoleum czyli Totenburg poświęcony pierwotnie właśnie ofierze Ślązaków walczących o utrzymanie ziemi śląskiej przy Macierzy (skąd my znamy tę argumentację?). Kontrastuje to w sposób jaskrawy ze współczesnych pojmowaniem Śląska przez przeciętnego Polaka, dla którego jest to aglomeracja katowicka – i o zgrozo – Zagłębie, ze własną specyfiką obyczajowo – językową.

Tymczasem w czasach Hochbergów Katowice wraz z Zabrzem czy Chorzowem to były dynamicznie rozwijające się tereny przemysłowe, bez większego znaczenia politycznego, na dodatek po 1921 r. należące częściowo do Polski, śląskie oczywiście ale stanowiące tzw. Niemieckie Kresy Wschodnie. I tylko tutaj, jak na wszystkich kresach, istniał problem walki żywiołów narodowych, w tym przypadku polskiego i niemieckiego. Niegdyś znakomity historyk XX w. prof. Paweł Wieczorkiewicz na pytanie Czyj był Śląsk: polski czy niemiecki ? odpowiedział: Przede wszystkim –ŚLĄSKI! A że owa śląskość tu, na ziemi wałbrzyskiej, była niemiecka z języka i obyczaju, z pewnymi tylko naleciałościami słowiańskimi, czeskimi raczej i łużyckimi niż polskimi było wynikiem skomplikowanych dziejów tej ziemi przez setki lat, a nie skutkiem metodycznych działań germanizacyjnych. Stąd też, współczesne próby szukania „dolnośląskości” i kreowania tzw. Dolnoślązaków, które to określenie co i rusz pojawia się w mediach wydają się tyle chybione co śmieszne.

Zresztą ten zafałszowany obraz Śląska jest pogłębiany. Dość wspomnieć historycznie bzdurną, stylizowaną na słynny film CK Dezerterzy, reklamę jednego z wielkich browarów. Browar ten, ufundowany przez Hochbergów w Tychach, przed 1918 r. jakoby znajdował się w Austro-Węgrzech, a jego piwa to „dzieło całych pokoleń polskich browarników”. Smaczku temu wszystkiemu dodaje fakt, że cała linia produktów browaru sygnowana jest wizerunkiem ks. Hansa Heinricha XI, Starego Księcia („Der Alter Herzog”), teścia Daisy i dziadka współczesnego ks. Bolka von Hochberg. Z kolei niewątpliwe arcydzieło jakim jest Magnat Filipa Bajona, kapitalnie ukazujący schyłek Hochbergów (tu nazywanych von Teuss), osadza ich wyłącznie na Pszczynie, pomijając fakt, że gros aktywności jego bohaterowie, w tym księżna Daisy, koncentrowali w Książu i okolicach.

Byli zatem Hochbergowie przede wszystkim szlachtą śląską i w tych kategoriach,  regionu, swojego Heimatu myśleli i działali w pierwszej kolejności. Będąc jednym z trzech najbogatszych rodów Rzeszy, po rodzinie cesarskiej i książętach Hohenlohe, ci lojalni poddani Prus, nigdy nie reprezentowali, tak modnego w XIX i pocz. XX w. kosmopolityzmu, zawsze podkreślając swoje śląskie korzenie i przywiązanie do regionu.

Oczywiście, nie możemy popełniać błędu prezentyzmu, tak charakterystycznego dla współczesnych dyskusji, kiedy przeszłość próbuje się oceniać z perspektywy wartości dziś istotnych. Hochbergowie nie byli zatem filantropami, ich dobra miały charakter na poły feudalny, a fatalne warunki pracy i płacy w kopalniach książęcych niezwykle sugestywnie odmalował Piel Jutzi w zapomnianym dziś filmie od dawnym Wałbrzychu pt. Um tagliche Brot – Hinger In Waldenburg (ang. In Shadow of Mine) z 1929 r. Ale taka była wtedy rzeczywistość gospodarcza Niemiec i szerzej – Europy. Tym bardziej zatem należy podkreślać zaangażowanie panów na Książu w rozwój inicjatyw lokalnych, w ochronę tradycji i dorobku współczesnych im Ślązaków, za inwestycje, z których korzystały i korzystają pokolenia nowych mieszkańców ziemi wałbrzyskiej. I dlatego to skromne upamiętnienie wiernego rodu tej ziemi zasługuje ze wszech miar na poparcie.

Komentarze

Dodano: 17 maja 2017
Pozostałe informacje
© DTP Service s.c. Wałbrzych 2015