Cinema city – Mission: Impossible – Rogue Nation. Naprawdę musimy powiedzieć o tym filmie.

1 września 2015 19:50. fot. dystrybutor

Dlaczego Cruise od ponad 30 lat jest gwiazdą numer jeden w Hollywood, nawet pomimo swoich dziwnych znajomych-scjentologów? "Rogue Nation" daje odpowiedź na to pytanie już w pierwszej scenie.

Zaczyna się tak, jak zawsze sugerował mistrz Alfred Hitchcock: od trzęsienia ziemi, czyli Toma Cruise’a (nie żadnego kaskadera, nie żadnego tworu CGI i blueboxa) goniącego startującego airbusa, przyczepiającego się do jego drzwi i unoszącego razem z nim. Scena sama w sobie to świetny kawałek kina akcji, ale świadomość, że gwiazdor wykonał ją sam – jeszcze bardziej wbija w fotel. Można Cruise’a nie cierpieć, kpić z jego ufoludków i uśmiechu, ale trudno odmówić mu – pardon le mot – jaj, perfekcjonizmu i samozaparcia. Ethan Hunt to jedna z najlepszych ról jego kariery i niechaj do niej wraca tak długo, jak będzie miał siłę i tak dobre scenariusze, jak ten z „Rogue Nation”.

Po gonitwie za samolotem napięcie – oczywiście – rośnie i można jednym tchem wymienić jeszcze kilka spektakularnych gonitw, strzelanin i rozwałek. Wszystko w pięknych plenerach – Londynu, Wiednia (głównie gmachu Wiedeńskiej Opery Narodowej) i Maroka. Żadnych odkryć gatunkowych tu nie ma – ale egzekucja starych dobrych reguł jest idealna. Hunt pozostawiony sam sobie, ścigany przez CIA (IMF trochę zdenerwowało dyrektora tejże instytucji), rozprawia się ze złowieszczym Syndykatem, odpowiedzialnym za zamachy terrorystyczne i podejrzane wypadki na całym świecie. Pomimo swoich mięśni i intelektu zginąłby pewnie marnie i szybko, gdyby nie starzy dobrzy kumple z IMF oraz pewna tajemnicza piękność, grająca ewidentnie na kilka frontów. Intryga napędzająca akcję trzyma się na tyle mocno kupy, że naprawdę łatwo jest się wciągnąć i bawić tymi wszystkimi twistami, pościgami i dialogami. I kibicować Huntowi – „żywemu wcieleniu przeznaczenia”, jak słyszymy w jednej ze scen.

Humor, oczywiście bardzo filmowi pomaga. Simon „Benji” Pegg każde nadęcie potrafi rozładować trafnym docinkiem i miną, ale i Cruise’owi nie można odmówić dystansu do samego siebie, kina szpiegowskiego jako takiego i samej serii „Mission: Impossible”. Zresztą trudno już chyba dziś wyobrazić sobie dobry film akcji i kolejną odsłonę (jakiejkolwiek) franczyzy bez pewnej dozy autoironii.

W „Mission: Impossible – Rogue Nation” wszystko jest na swoim miejscu, inteligentnie poukładane i umiejętnie podkręcone adrenaliną. Teraz już tylko możemy czekać na to, co jesienią w kwestii szpiegów powie Sam Mendes i pan Bond. W końcu 007 i Hunt to bratnie dusze, choć James jest pewnie bardziej powściągliwy – jak to Brytyjczyk, a Ethan w gorącej wodzie kąpany – wiadomo, Jankes.

Dodano: 1 września 2015 19:50
.

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

`