„Wałbrzych jest wyzwaniem”. Rozmowa z Filipem Springerem, reportażystą, fotoreporterem

28 kwietnia 2015. ©Rozmawiała: Alicja Śliwa, fot.: Jacek Zych

Zapraszamy do lektury wywiadu z Filipem Springerem. Punktem wyjścia jego książek są osobiste spotkania z przestrzenią. Zadebiutował „Miedzianką. Historią znikania”. Jego kolejne książki („Źle urodzone. Reportaże o architekturze PRL”, „Zaczyn. O Zofii i Oskarze Hansenach”, „Wanna z kolumnadą. Reportaże o polskiej przestrzeni”) skupiały się na architekturze. Głównym tematem naszej rozmowy jest Wałbrzych – jednocześnie szykowny i odpychający, fascynujący i zaniedbany

Dziennik Wałbrzych.pl (DW): Krzysztof Żółtański w swoim eseju zamieszczonym w „Wałbrzyskich szkicach” napisał: „Wałbrzych jest zbyt skomplikowany, zbyt romantyczny w wyrazie, by się im (kanonom estetycznym) podporządkować, zawsze będzie stanowił wyzwanie dla oczu i prowokację dla konwencjonalnego smaku”. Czy dla pana też jest takim wyzwaniem?
Filip Springer (FS): Wyzwaniem jest i to z natury tych, które się bardzo chętnie podejmuje. Nigdy nie byłem bliżej związany z tym miejscem. przez Wałbrzych tylko przejeżdżałem. Przez sporą cześć życia miałem taką “kliszę”, którą ma pół albo i cała Polski, że to  Mordor i trzeba stąd uciekać.

Kiedy w 2010 roku pierwszy raz tu przyjechałem na dłużej, to naprawdę był Mordor. Pamiętam sceny, które opisałem na blogu i które mi do dziś wałbrzyszanie wypominają. Ale naprawdę tak było, że widziałem pijanych ludzi czołgających się po ulicach. Najpewniej miałem pecha, że widziałem ich “ciągiem”, jednego po drugim. To jednak było naprawdę  przerażające. Spałem w Harcówce, która też była przerażająca i z tego, co wiem, nadal taka jest. Ale już wtedy, jakkolwiek było to odpychające pod wieloma względami, było też intrygujące. Choćby ze względu na niemiecką architekturę i urbanistykę, którą uwielbiam. Tu było widać, że pod warstwą beznadziei tkanka miejska rokowała gigantyczny potencjał.

Wałbrzych jest więc wyzwaniem, godnym odkrycia. Wałbrzych jest bardzo szykowny, gustowny i z klasą. I zaniedbany. Spacerując po Nowym Mieście,  Jacek Pielich, zwrócił uwagę, że ta dzielnica nie jest zniszczona nowymi wstawkami, wstrętnymi plombami. Oczywiście, pojawiają się nowe wstawki wśród starej zabudowy, ale są zrobione z klasą, a to się nie zdarza często w Polsce.

DW: Jak wyglądał pana szlak spacerowy po Wałbrzychu?
FS: Starałem się odwiedzić wszystkie miejsca, o których mówi się na zewnątrz i które kojarzy się z Wałbrzychem. Mam znajomą, która jest fotografką i pochodzi z Wałbrzycha, i ona ciągle mi opowiadała o Palestynie. Poszedłem więc tam. Wałbrzyska Palestyna jest o tyle ciekawa, że jak „Polityka”, dla której teraz tu jestem, zrobiła ranking miast, w których Wałbrzych był na ostatnim miejscu, to dali zdjęcie stamtąd. Wszyscy się w Wałbrzychu zirytowali, że akurat to. To jest nieuzasadniona według mnie irytacja, bo takich miejsc w Polsce jest już niewiele. Takich wręcz trzecioświatowych. A ono tu jest. Na wjeździe na “Palestynę” jest napis „Witamy w piekle”. W Polsce każda szanująca się dzielnica ma straszenie ludzi piekłem (śmiech). Warszawska Praga, łódzki Widzew. Byłem też na Podgórzu.

DW: I jak było?
FS: Tam też było zabawnie. Wszyscy mnie straszyli, żebym tam w sobotę nie jechał, bo zostanę skrojony, stracę cały sprzęt i wrócę bez butów. Mnie się akurat tak złożyło, że pojechałem tam w właśnie sobotę. Spotkałem tam samych przemiłych ludzi, nawiązałem parę znajomości i było bardzo sympatycznie. Aczkolwiek momentami czułem się rzeczywiście mało komfortowo.

Jestem absolutnie zachwycony Nowym Miastem. Tam można uczyć architektury. Zwiedzałem i podziwiałem Nowe Miasto razem z architektami z trwających akurat warsztatów Architektour 2015. To jest absolutnie genialne miejsce. Rozmawiałem o tym ze znajomą architektką, że to jest jakiś absurd, że nikt o tym nie wie w Warszawie, bo masa hipsterów by tam jeździła i dostawałaby orgazmu na widok tej architektury. A tu stoi i nawet nie jest za bardzo zniszczone.

Byłem na Białym Kamieniu. Nie byłem na Podzamczu, ale jadę tam dziś, bo Trzeci Wymiar ma kręcić teledysk, a ja będę robił zdjęcia.

DW: Mówił pan, że „na Dolny Śląsk można przyjechać na tydzień, trochę poskrobać i wyłazi góra tematów o których można napisać”. Jakie tematy w Wałbrzychu pan znalazł?
FS: Oczywiście, że tak, ale tego nie powiem, bo nie chcę zdradzić tego, co będzie w książkach. Wałbrzych jest o tyle fascynujący i o tyle jest wyzwaniem, bo jest tu wiele białych plam, które można ruszyć. Nikt tego do tej pory nie zrobił. Dla mnie historią ściśle związaną z architekturą, która mi niesamowicie działa na wyobraźnię, jest kino GDK, czyli dawny Capitol. To jest architektura, która mogłaby być w każdym katalogu hipsterskim, których się teraz mnóstwo drukuje, i z którymi młodzi ludzie  jeżdżą po miastach. To jest coś absolutnie genialnego i mam przeczucie, że gdybym tam poskrobał bardziej, to by wyszło mnóstwo ciekawych historii.

Albo to, co robi Mateusz Mykytyszyn i Fundacja księżnej Daisy von Pless na temat Hochbergów. To też jest rzecz, którą można eksploatować z punktu widzenia reportera na wszelkie możliwie sposoby.

W Wałbrzychu można poznać wycinek miasta i opisać historię jednego budynku, placu. Mnie kompletnie oczarował – i to będzie jeden z punktów zaczepienia książki i Miasta Archipelagu – stadion na Nowym Mieście. Ilość rzeczy, które tam na mnie trafiły, była niezwykła. Na przykład człowiek zbierający liście, który okazał się być super ekspertem, byłym sędzią piłkarskim. Ktoś inny  powiedział, że stadion nazywany jest potocznie „wałbrzyskim Koloseum”. Mocna rzecz. (śmiech) Cała masa genialnych historii łącznie z tym, że przemawiał tam Hitler i Wałęsa.

DW: Czyli historii związanych z Wałbrzychem rzeczywiście nie brakuje.
FS: O tyle jest łatwy dla mnie ten Wałbrzych i dlatego tu przyjeżdżam przed rozpoczęciem mojej właściwej podróży po Polsce, bo są tu punktowe rzeczy, których można się przyczepić i szybko je pociągnąć. Moje całe działanie będzie tak wyglądało. Nie piszę książki o Wałbrzychu i socjologicznego reportażu, który byłby analizą tego miasta, bo to zrobił to tygodnik „Polityka”. Moim zadaniem jest pojechać w dane miejsce i znaleźć fajne historie. Tutaj wystarczy rzucić kamieniem w dowolnym kierunku i historie same się znajdują. Na przykład: jechałem z taksówkarzem, ten pokazuje ręką łąkę i opowiada, jak to kupił ją inwestor, ale nie może zacząć budowy, bo cały teren zryty jest dziurami po biedaszybach. Dla Wałbrzyszan to codzienność, dla mnie – świetna historia!

DW: Jaką formę przybierze materiał, który pan zbierze?
FS: Są trzy etapy projektu Miasto Archipelag. Pierwszy zaczął się pod koniec marca. Nazywam go społecznościowym. Angażujemy różne narzędzia społecznościowe w internecie, żeby skupić pewną grupę mieszkańców, pasjonatów i robimy różnego rodzaju działania społecznościowe. Jesteśmy na Instagramie, Flipboardzie. Będziemy to rozwijać przez rok. Drugi etap to moja podróż, która ma znaczenie dokumentacyjne dla książki. Będę jechał przez 31 byłych województw. Całą trasą będzie można śledzić on-line. Będę opisywał, co po drodze robię. Trzeci, ostatni etap to książka. Ale to nie jest jedyny cel, bo książka jest równie ważna jak działania w internecie.

Ten projekt ma trzech dużych partnerów. Tygodnik „Polityka” będzie pisał teksty analityczne o miastach. Jest też radiowa „Trójka”, która się będzie ze mną łączyć i będziemy rozmawiać na antenie “na żywo”. Jest w końcu Instytut Reportażu, który opiekuje się Flipboardem i wszystkim, co ma związek z innowacyjnym dziennikarstwem.

DW: Jest pan w Wałbrzychu również przy okazji Architektour 2015 – warsztatów dla studentów architektury. Czy to jest już to pokolenie projektantów, którzy będą tworzyć przyjazną architekturę harmonijnie wkomponowaną w przestrzeń?
FS: Chciałbym w to wierzyć, ale nie do końca mam takie przekonanie. Jakkolwiek zawsze się zżymam, gdy architekci mówią, że to nie od nich zależy polska przestrzeń, to trochę racji mają. Zwłaszcza młodzi architekci, którzy nie mają marki, zaplecza, swobody finansowej, by odrzucać zlecenia komercyjne, typu klockowe, niskokosztowe osiedla . Polską przestrzenią w dużej części rządzi rynek i pieniądze, a nie architekci. Dopóki umysły stojące za pieniędzmi nie nabiorą doświadczenia, wiedzy i ogłady, nic się nie zmieni. Architekci mogą stawać na głowie i projektować cuda, na końcu jednak zawsze zderzają się z inwestorem, który powie, że musi być więcej powierzchni handlowej.

Na pewno ci młodzi studenci z racji wieku, dostępu do możliwości podróżowania, mają szersze horyzonty. Niestety, często nie mają szansy wykazania się, Trafiają na rynek i są brutalnie ścinani. Dostaję masę maili od młodych projektantów narzekających, że wielkie idee akademickie to jedno, a praca w biurze dewelopera i projektowanie mieszkania ze słupem po środku, bo tak jest taniej, to drugie. Nie uczy się ich na studiach rozmowy z inwestorem. Mówi się im natomiast, że są wybitnymi artystami i mają się wyrażać poprzez architekturę, co jest brednią. Architektura jest sztuką służebną na potrzeby człowieka, dla którego jest projektowana.

DW: I jeszcze ostatnie pytanie: Czy są budynki, szpecące naszą przestrzeń, które według pana mogłyby zniknąć?
FS: (śmiech) Chciałbym, żeby wrocławski Sky Tower zniknął, ale to się nigdy nie stanie. Ale serio – nawet takie budynki, które nie są z mojej bajki estetycznej jak np. Solpol we Wrocławiu, są znakiem tego czasu, w którym powstawały. W tym sensie są bardzo pouczające. Tak samo jak Pałac Kultury i Nauki w Warszawie, który jest szpetny, ale pouczający, bo nie da się wytłumaczyć komuś architektury stalinizmu bez pokazania go. Nie ma jakiejś listy do odstrzelenia, ale jest mnóstwo budynków, które nie mają żadnej wartości architektonicznej i one mogą sobie znikać.

Rozmawiała Alicja Śliwa fot.: Jacek Zych

Komentarze

Dodano:
© DTP Service s.c. Wałbrzych 2015