„Teatr to mój Wałbrzych”. Rozmowa z Ryszardem Węgrzynem, aktorem Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego

16 maja 2015.

Ryszard Węgrzyn od prawie trzydziestu lat zajmuje to samo miejsce w garderobie wałbrzyskiego teatru. Pierwsze aktorskie kroki stawiał w rodzinnym Opolu. Choć nie jest wałbrzyszaninem z urodzenia, uznaje to miasto za swoje.

DziennikWałbrzych.pl (DW): W „Obywatelu K.” w reż. Piotra Ratajczaka zagrałeś trudną rolę Kajetana S. Twój bohater, obecny przez cały czas na scenie, jest w centrum uwagi zarówno pozostałych postaci, jak i widzów, ale odzywa się w dopiero w ostatnich minutach. Z jakim przyjęciem spotkała się ta kreacja?

Ryszard Węgrzyn (RW): Moi fani odebrali tę rolę bardzo sensualnie. Niektórzy do tego stopnia, że w scenach, w których nie mówię, a myślę, oni odbierali moje myśli. To było niesamowite! Wiedziałem, że ta rola będzie przez widzów empatycznych zauważona i doceniona. Przewidywałem też, że w ogólnym odbiorze to będzie niedoceniona rola. To po części zdarzyło się w Wałbrzychu, ale głównie w Zabrzu. Odebrano ją na zasadzie „facet siedzi, a na koniec mówi”. Ludzie, którzy ze mną rozmawiali, mówiąc o przedstawieniu, robili to tak, jakby nie mieli świadomości, że rozmawiają z kimś, kto gra w nim. Namacalnie poczułem, że mnie nie ma. Włożyłem w tę rolę wiele pracy, zbudowałem ją w sobie. Było mi więc wtedy tak po ludzku, nie po aktorsku, przykro.

DW: Zagrałeś ostatnio w „Szaniawskim” w dwóch koprodukcjach – „Obywatelu K.” i „Good night cowboy w reż. Kuby Kowalskiego”. Jak wpływa na ciebie spotkanie z kolegami aktorami z innych teatrów na jednej scenie?

RW: Myślę, że to napędza wszystkich. Mnie napędza na pewno. Moim credo jest, żeby uczyć się do końca. Takie współprace mi to umożliwiają. Wiele lat temu za czasów Wowa Bielickiego, gdy do teatru przychodzili aktorzy gościnni, to ja nigdy nie byłem przeciw. Dla mnie każdy nowy aktor jest nowym światem, takim nie-Wałbrzychem. Mnie to bardzo pomaga i inspiruje. Naszych kolegów ja znam i wiem, jak zagrają. Czasem mnie zaskoczą, czasem ja ich, ale ciała nie zmienię. Mogę zmienić tylko myślenie. Jeśli się to uda, to powstaje rola niepowtarzalna. Ale nie powtarzać się w pewnym momencie jest bardzo trudno. Więc mnie te koprodukcje bardzo pasują i nakręcają. Bardzo mi odpowiada, że teraz gramy i w Zabrzu, i w Warszawie, a niektórzy koledzy także w Szczecinie. To nie tylko dla teatru, aktorów, ale i widzów jest ciekawe. Nagle się okazuje, że zespół wałbrzysko-zabrzański jest jednym zespołem.

DW: Zarówno „Obywatel K.”, jak i „Opowieści plemienne” w reż. Macieja Podstawnego, w których grasz Tadeusza Mazowieckiego mówią o rozczarowaniu wolną Polską. Jak ty jako obywatel RP odbierasz dzisiejszą Polskę?

RW: Jestem rozczarowany. Kiedyś społeczeństwo miało paradoksalnie lepiej, chociaż nie tęsknię za poprzednim ustrojem. Teraz robotnicy, młodzi ludzie nie mają nawet swojej reprezentacji. Mówi się dziś o związkach zawodowych, że one właściwie nie reprezentują tych pracowników, że są roszczeniowe. Wszystko się tak podzieliło, że nie ma jak walczyć. Kajetan ze spektaklu i jego historia jest dowodem na to, że transformacja poszła w złym kierunku, że zostawiła ludzi. Tegoroczne wybory prezydenckie są efektem rozczarowania społeczeństwa. Guru naszego dziennikarstwa Adam Michnik pisze, że społeczeństwo źle wybrało, czyli to my jesteśmy durni, a elity są super. Natomiast to nie społeczeństwo nie dojrzało, ale elity. Co ma zrobić człowiek, który nie ma pracy albo pracuje pół roku za darmo, a potem mu powiedzą, że ma iść na kolejny staż?

DW: W wałbrzyskim teatrze byłeś jednym z najczęściej obsadzanych aktorów (95 razy). Grając która rolę poczułeś, ze iskry przelatują między tobą a widownią?

RW: Może to było wcześniej, ale tak świadomie, poczułem to w „Weselu” w reż. Wowa Bielickiego, gdy grałem Pana Młodego. Ta rola w pewien sposób mnie otworzyła i pokazała. Ale taką prawdziwą satysfakcję z zawodu i bycia aktorem mam od niedawna. Może od 5-10 lat. Takie poczucie identyfikacji, które przechodzi w pewnego rodzaju metafizykę, mam w dużych scenach np. w „Opowieściach plemiennych”, „Obywatelu K.”, „Good night cowboy”, „Na Boga!”. Jak człowiek akceptuje siebie jako aktora i jak jest dobra rola, to się udaje nawiązać metafizyczne relacje z partnerami i z widownią. Mam wrażenie, że my się tu spotykamy. To zapłata wielu cierpień tego zawodu.

DW: W teatrze w Jeleniej Górze zagrałeś u Krystiana Lupy. Jak wspominasz to spotkanie z wybitnym reżyserem?

RW: Krystianowi bardzo dużo zawdzięczam. Poznałem go, gdy pojechaliśmy ze szkoły teatralnej na przedstawienie „Matki” Przybyszewskiego. Jestem profetystą. Nikomu się to nie podobało, a mnie się podobało. Było coś niezwykłego, coś poza w tym przedstawieniu. Krystian miał pomysł na teatr metafizyczny, ale operujący przestrzenią, myślący o rekwizycie i materii teatru, co mnie bardzo w teatrze interesuje. Wtedy postanowiłem, że chcę pisać o nim pracę magisterską. Dzięki temu jeździłem do Starego Teatru w 1981 roku na próby „Powrotu Odysa”. Przeprowadziłem z nim dziesiątki rozmów, które były fascynujące. Napisałem tę pracę, obroniłem i stałem się aktorem. Wylądowałem w Jeleniej Górze. Zagrałem w reżyserii Krystiana Pijaka w „Ślubie” Gombrowicza. On tak obsadza aktora, tyle mu mówi, że nie ma możliwości, żeby aktor u niego źle zagrał.

DW: Urodziłeś się w Opolu, ale od dawna mieszkasz w Wałbrzychu i stwierdziłeś: „Wałbrzych to moje miasto”. Jakie były pierwsze wrażenia?

RW: W Wałbrzychu znalazłem się przez przypadek. wiele lat temu. Wtedy były tu kopalnie, koksownie. Wysiadłem na Fabrycznym i pomyślałem sobie: „Tak, to będzie tu”. Tak się wtedy widziałem w Wałbrzychu, jak ci wszyscy górnicy – pod ziemią. Czułem, że ja jestem pod ziemią jako Rysiek, aktor, mąż. Później stawałem się coraz bardziej wałbrzyszaninem. Wałbrzych się poprawiał, oczyszczał. Ja dostawałem więcej ról, stawałem się popularniejszy, układało mi się prywatnie. Z tego pierwszego razu pamiętam, że mimo że Wałbrzych był tak strasznie brudny i taki okropny, to się okazało, że biblioteka jedna z najlepszych w Polsce i że takich perełek to miasto trochę ma. Tylko my tego nie zauważaliśmy. Ja się tu coraz bardziej aklimatyzowałem.

DW: Co tu lubisz?

RW: To jest paradoks. Chyba podoba mi się wszystko, ale niewiele wiem o Wałbrzychu. Żyję teatrem wałbrzyskim i to jest mój Wałbrzych. Zaczyna mi się podobać wszystko, co się tu dzieje – drogi i że się go odbudowuje. Strasznie długo cierpiałem z tego powodu, jak wałbrzyszanie narzekali na Wałbrzych. Dostawałem wręcz alergii, kłóciłem się z tymi ludźmi. Podoba mi się więc wszystko z tym, co nawet dzisiaj nie jest fajne, ale mam przeczucie, że będzie fajne. Kto by pomyślał, że Wałbrzych będzie się tak zmieniał? Przychodząc do wałbrzyskiego teatru, nie byłem w stanie przewidzieć, że ten teatr tak zafunkcjonuje. Ale może tak miało być? Kiedyś miałem sen, że jestem w Opolu jako turysta i zwiedzam. Pomyślałem: „Oho, ten rozdział jest zamknięty. Jestem wałbrzyszaninem”.

Rozmawiała Alicja Śliwa fot. Patrycja Szuman

Ryszard Węgrzyn2

Ryszard Węgrzyn od prawie trzydziestu lat zajmuje to samo miejsce w garderobie Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu. Maj 2015. Fot. Patrycja Szuman

Komentarze

Dodano:
© DTP Service s.c. Wałbrzych 2015