„Samodzielne myślenie jest moim prawem”. Rozmowa-rzeka z Józefem Wiłkomirskim

20 kwietnia 2015. Józef Wiłkomirski. fot. Jacek Zych | Dziennik Wałbrzych | Wszelkie prawa zastrzeżone

Zapraszamy do lektury wywiadu z Józefem Wiłkomirskim, dyrygentem, założycielem i długoletnim dyrektorem Filharmonii Sudeckiej oraz publicystą, którego poglądy często budzą kontrowersje i nie są „politycznie poprawne”. Rozmawiamy o Wałbrzychu, jego zaletach, wadach i samodzielnym myśleniu

Lubię Wałbrzych (LBW): Powiedział pan o sobie, że jest wałbrzyskim patriotą. Co to znaczy?
Józef Wiłkomirski (JW): Patriotyzm, który jest teraz haniebnie nadużywany przez niektórych polityków, nie polega na tromtadracji , na okrzykach, na frazesach, tylko na służeniu danemu krajowi i obywatelom mieszkającym na tym terenie. Moja służba Polsce przez moje całe długie życie polegała na muzyce. Jeżeli zmniejszę to do rozmiarów jednego miasta, to patriotyzm wałbrzyski polega na tym, że staram się coś zrobić dla ludzi mieszkających na tym terenie według mojego wyobrażenia. Jeśli powiedziałem, że jestem patriotą wałbrzyskim, to wcale nie oznacza: „Ach, najpiękniejsze miasto na świecie!”, „Ach, cudowni ludzie!”. Nie na tym polega patriotyzm. Nie na zachwytach, ale w razie potrzeby polega na oddaniu życia. Jesteśmy gotowi poświęcić się dla ziemi ojczystej.

LBW: Czy w pana domu rozmawiało się o patriotyzmie?
JW: W mojej rodzinie nie używano słowa patriotyzm. Pamiętam dokładnie, że dla nas w domu patriotyzm to było coś oczywistego. Skoro jestem Polakiem, to kocham tę ziemię i czuję się tu dobrze. I to był patriotyzm. Ani mój ojciec, ani matka nie wzywali nas: „Bądźcie patriotami!”, „Kochajcie ojczyznę!”. Takich frazesów w moim domu rodzinnym się nie używało. Kiedyś na jednym ze spotkań powiedziałem, że daję słowo, że w czasie powstania warszawskiego moi koledzy w mojej kompanii nigdy nie mówili o tym, że mogą zginąć, a ginęli. Nie mówili: „My to robimy dla Polski, dla wolności”. Nieprawda, myśmy po prostu wypełniali nasz obowiązek walki o ziemię ojczystą. Dla nas to było tak oczywiste. Dopiero po wojnie mówili o nas: „Ach, bohaterowie”. Ja odpowiadałem: „Dajcie spokój. Żadni bohaterowie”. Myśmy nie mieli poczucia, że robimy coś wyjątkowego, spełnialiśmy swój żołnierski obowiązek.

LBW: A przenosząc to na mniejszą skalę?
JW: Nie wyobrażam sobie, że można by było mieszkać w Wałbrzychu, nie myśląc tymi kategoriami patriotycznymi. Dzisiaj już nie muszę walczyć z karabinem o wyzwolenie. Mój patriotyzm polega więc na tym, że staram się jak najwięcej dać mieszkańcom tego miasta. Mnie proponowano trzy razy w życiu, żebym został na Zachodzie. Nigdy się nie zgodziłem. Burmistrz jednego z niemieckich miast się dziwił dlaczego. Przecież nie zgadzałem się zawsze z tym, co robią władze. Powiedziałem, że nie zgadzam się i nie muszę się zgadzać. W patriotyzmie jest też krytyczne spojrzenie. Jeśli bym został, to każdy Niemiec mógłby mi powiedzieć, że jak mi się nie podoba, to mogę wracać do Polski. Ale jak jestem tutaj i krytykuję, to nikt mi nie może tak powiedzieć. Mam dosłownie moralnie prawo, bo przelewałem krew za tę ziemię i mogę ją krytykować. Wcale z zachwytem nie mówię o tym, co robią władze wałbrzyskie i że to najpiękniejsze miasto, i najbardziej pracowicie ludzie albo że tu jest wszystko najlepsze. Nieprawda, widziałem w Polsce lepiej działające instytucje, ale mój patriotyzm polega na tym, że ja niebezkrytycznie chwalę, tylko że ja coś robię. Kiedyś pewnemu młodemu człowiekowi powiedziałem: „A co pan zrobił dla tego miasta? Skoro się panu nie podoba, niech pan wyjeżdża”. Ja nie mógłbym mieszkać gdzieś, gdzie czułbym tego patriotyzmu, polegającego na działaniu dla tego społeczeństwa.

LBW: Co się panu podoba w Wałbrzychu?
JW: Odwrócę pytanie – co mi się w Polsce podoba? Proszę sobie zadać to pytanie po cichu. Przecież nie jest to najsprawniej zarządzany kraj. Bałagan nieziemski. Podział społeczeństwa koszmarny. Brak zaufania, nieufność do władzy. Przyczyną jest 123 lata rozbiorów. Na Zachodzie nawet, jak jest jakiś niewygodny przepis, to wiedzą, że to jest ich przepis. U nas każdy przepis nie był własny. To w nas pokutuje, to usprawiedliwia Polaków, ale powoduje, że życie jest ciężkie. To jest piekielnie trudne pytanie. Podoba mi się mnóstwo – osiągnięcia w kulturze i nauce polskiej. I teraz przenosząc to na nasz teren, Podoba mi się to, co ludzie potrafili w Wałbrzychu robić. Potem była przerwa w postaci zapaści w 90. latach. Marazm i apatia, wszystko to pamiętam. Ale podoba mi się to, co potrafią zrobić niektórzy twórcy wałbrzyscy. Że pomimo tych trudności robią wystawę malarską, a ktoś tam opiekuje się dziećmi. Ostatnio brałem udział w imprezie zorganizowanej przez Multimedialną Filię Biblioteczną na Podzamczu. My dorośli o tzw. znanych nazwiskach czytaliśmy dzieciom wiersze. To było tak piękne, tak wzruszające! Staraliśmy się jak najlepiej, łącznie z prezydentem, powiedzieć te wierszyki. Pomysł znakomity i z tego jestem dumny. Teraz moja żona zaczyna organizować chór, który nazwałem „Wałbrzyskie wróbelki”. Kiedyś był taki włoski chór Piccolo Coro dell’Antoniano. Chcemy, żeby coś takiego tu powstało. Podoba mi się, że próbujemy.

LBW: Co jeszcze mógłby pan dodać do tej listy, biorąc pod uwagę inwestycje?
JW: Podoba mi się, co byśmy nie mówili o prezydencie, że wyczyścił to miasto. Wreszcie można wjeżdżać i poruszać jak po europejskim mieście. Nie bójmy się tego słowa. Podobają mi się nowe bloki na Podzamczu. Ludzie pytali się mnie, po co to budować? A dziś? Stoją cztery śliczne bloki. A nowa biblioteka na Podzamczu? Gnieździliśmy się w prowizorycznym lokalu. Dziś, jak się wejdzie do środka, to jest to wnętrze europejskie. To mi się podoba. Wtedy mój patriotyzm jest tu umocowany. Skoro inni coś robią, to ja też będę robił, pomimo mojego wieku. Co tydzień mam spotkania z ludźmi. Co tydzień muszę napisać nowy felieton. To jest w tej chwili przejaw mojego patriotyzmy, bo nic więcej nie mogę zrobić.

LBW: Pytam o to, ponieważ często nie dość, że inni o nas źle mówią, to jeszcze sami źle myślimy o naszym mieście.
JW: Kiedy organizowałem tu filharmonię, moja rodzina, koledzy, znajomi mówili do mnie: „Coś ty zwariował? W takim Wałbrzychu jest potrzebna filharmonia?”. Okazało się, że potrzebna. Kiedyś przyjechała tu ekipa telewizji wrocławskiej i od dziennikarza usłyszałem: „Czy pan wie, że we Wrocławiu zaczynają mówić, że wałbrzyska orkiestra gra lepiej niż wrocławska?”. Byłem tak dumny, że przełamałem tę opinię, która była nieuzasadniona, ale która krążyła. Co roku graliśmy na rozpoczęciu roku akademickiego Politechniki Wrocławskiej. Rektor wolał nas zaprosić z Wałbrzycha niż wrocławską orkiestrę. Wrocławian diabli brali. Był ten rozpęd, miasto tętniło. Wałbrzyszanie zaczęli być dumni, że jest taka filharmonia. Jeździliśmy na koncerty za granicę co roku, a jak w końcu żeśmy zagrali w Paryżu, to nagle zwykli ludzie zaczęli wiedzieć, że jest taka filharmonia.

LBW: Transformacja nie obeszła się z Wałbrzychem łaskawie.
JW: Gdy przyszła transformacja, to wiemy, co się stało. Straszliwa zapaść tego miasta. Byłoby nieuczciwe mieć pretensje do wałbrzyszan. Zapaść górnicza odbiła się negatywnie na całym morale społeczeństwa wałbrzyskiego. To się da wytłumaczyć. W tamtym okresie przed transformacją klasa robotnicza była najważniejsza. A wśród niej górnicy. Oni byli tu uprzywilejowani, wszystko było dla nich. Jeśli oni nagle przestali być ważni społecznie, to musiało się to odbić negatywnie na wszystkich innych mieszkańcach Wałbrzycha.

LBW: Taki stan nie może trwać wiecznie. Wałbrzych się zmienia m.in. dzięki prezydentowi Romanowi Szełemejowi.
JW: Zasługą obecnego prezydenta jest to, że zanim został dyrektorem wałbrzyskiego szpitala, to był prowincjonalny, nie najlepszy szpital. On podniósł go bardzo wysoko, otworzył nowe oddziały. Zyskał dobrą opinię wpierw we Wrocławiu, potem w Warszawie w ministerstwie. I nagle się zaczęło mówić, że wałbrzyskie szpitale to są prawdziwe szpitale. To samo było z biblioteką. Najpierw mieściła się w kilku punktach miasta, bo nie miała jednej siedziby. I przyszedł młody człowiek, który z naszą pomocą potrafił wywalczyć tę obecną siedzibę. Postęp w historii odbywa się dzięki pojedynczym ludziom. Na każdym większym lub mniejszym stanowisku potrzebny jest jeden człowiek, który coś stworzy, co po nim zostanie. Mam teraz więc nadzieję, że ten sam człowiek, który kiedyś postawił szpital dziś jako prezydent, choć ma śmiertelnych wrogów, po sobie zostawi inne miasto. Ono już na wygląd jest inne. Teraz trzeba zmienić mentalność.

LBW: W jaki sposób można to zrobić?
JW: Rozmawiałem z nim. Znakomitą okazją jest stworzenie tzw. wielkich dzieł. Byłem w komitecie honorowym odbudowy Starej Kopalni. Ona już istnieje dzisiaj. Robi błędy i nie ze wszystkim się zgadzam, ale jest to coś, o czym się mówi w mieście i na zewnątrz. Teraz chcemy zrealizować odbudowę GDK-u. Był on w tamtych czasach jakimś symbolem. Mnóstwo jest tu ludzi, którzy do GDK-u chodzili do kina, śpiewało się tam w chórze itp. Trzeba to odbudować. Projekt jest, dokumentacja się tworzy. Jeśli prezydent potrafi wywalczyć pieniądze i zacznie się realizacja, to wyzwoli jakąś energię społeczną i jakieś podziały zmniejszy. Jestem pełen optymizmu. Druga rzecz to propozycja, żeby zrobić uroczystości w związku z 70-leciem polskości Wałbrzycha. Tłumaczę ludziom, że nie można mówić o wyzwoleniu Wałbrzycha, bo tu nigdy nie było Polski.

LBW: Jakie są pana ulubione miejsca w Wałbrzychu?
JW: Kiedyś, jak mogłem chodzić, to oczywiście działka. W tej chwili uczciwie muszę przyznać, że moim ulubionym miejscem, oprócz własnego mieszkania z największą prywatną biblioteką w mieście, jest Multimedialna Filia Biblioteczna na Podzamczu. Lubię tam być co dwa tygodnie na spotkaniach z ludźmi, a czasem i częściej, bo tam się ciągle coś odbywa. W Szczawnie natomiast moim ulubionym miejscem jest klubokawiarnia „Ogród sztuki”. Tam lubię ten nastrój. Wiem, że ludzie tam przychodzą się spotkać i chcą tego. Moje spotkania z czytelnikami trwają już parę lat. Ludzie regularnie przychodzą na nie, żeby ze mną podyskutować, pospierać. Ale czasem są zajadłe dyskusje! Pamiętam, jak kiedyś przyszedłem i powiedziałem, że prawo nie jest tożsame ze sprawiedliwością. Ale się rozpętała burza! Był emerytowany sędzia, wszyscy brali udział, krzyczeli, bo każdy miał swoje zdanie. To jest przyjemne. Ja mówię podczas spotkań przez godzinę, a potem jest pół godziny awantur. To jest dowód, że to jest ludiom potrzebne i że można zachęcić ludzi do wyjścia poza codzienne kłopoty, poza to błoto, które się często wylewa z telewizji, że można się czymś innym zainteresować. Napisałem felieton „Nieoficjalny klub ludzi samodzielnie myślących”. Całe życie się wykłócałem i zawsze starałem się mieć prawo do własnego błędu. Samodzielne myślenie jest moim prawem, którego nie ustąpię. Lepiej mylić się, ale na własny rachunek niż czerpać wzory nawet od autorytetów.

Rozmawiała: Alicja Śliwa foto: Jacek Zych

Komentarze

Dodano:
© DTP Service s.c. Wałbrzych 2015